niedziela, 14 czerwca 2015

Rozdział 22 - Co z nimi?

Witajcie! Oto pierwszy rozdział po przerwie, który dedykuję mojej koleżance Marcie, która była moją główną inspiracją do tego rozdziału. Dziękuję Ci! Zapraszam Was do odwiedzenia strony "Kącik muzyczny" są tam wszystkie piosenki które są albo moją inspiracją, albo przy nich piszę. Są one ułożone w kolejności przypadkowej. Dziękuję wszystkim za prawie 11 000 wyświetleń i mam nadzieję, że jeszcze tu jesteście. Tak czy siak zapraszam na kolejny rozdział:

Pozdrawiam
E.L.


TRACH!!!
Hermiona otworzyła gwałtownie oczy i usiadła szybko na łóżku, pośród rozkopanej pościeli. Potoczyła zaspanym wzrokiem po pokoju w poszukiwaniu źródła hałasu, który wyrwał ją ze snu. Nie zauważając niczego podejrzanego ziewnęła przeciągle, podrapała się po jeszcze większej szopie skołtunionych loków niż zwykle i ułożyła głowę z powrotem na poduszce, zamykając oczy. Już była na granicy rzeczywistości i snu kiedy...
ŁUP! HAHAHAHAHA!!!
Zacisnęła szczęki ze złości i zmarszczyła brwi. Z rządzą mordu w czekoladowych oczach wyskoczyła z łóżka w samej, różowej piżamie w białe serduszka i chwyciła różdżkę, leżącą na szafce nocnej obok budzika (który, tak na marginesie, wskazywał czwartą nad ranem). Wkurzona na maksa ruszyła do drzwi. Z gniazdem na głowie wyglądała jak prawdziwa czarownica... i to taka niezbyt dobra.
Chwyciła za klamkę i otworzyła je, prawie nie rozwalając ściany. Zanim zdążyła cokolwiek zrobić, powiedzieć lub chociaż zorientować się w sytuacji coś rozbiło się z hukiem, połączonym z plaśnięciem na ścianę tuż obok niej. Po chwili stała w progu cała mokra od stóp do czubka głowy.
-Ups...-usłyszała cichy, rozbawiony głos.
Teraz ogarnęła ją prawdziwa furia. Zazgrzytała zębami i powoli podniosła powieki. To co ujrzała przeszło jej najśmielsze wyobrażenia. Cały salon wyglądał jakby przeszedł przez niego huragan, tornado i tsunami w jednym. Meble były poprzewracane, a dookoła walały się kawałki rozbitych wazonów oraz fragmenty kwiatów, które na dodatek były tak rozdeptane, że nie można było odróżnić co jeszcze niedawno było łodygą, a co płatkami. Egzemplarze "Proroka Codziennego" zaścielały chyba wszystko, włączając w to biedną sorbet, która wyglądała jak zmokły szczur. Jednak nie to wszystko przeraziło ją najbardziej. Na środku tego całego bajzlu stali... tak... jak zwykle... Blaise i Severia...
Byli cali mokrzy, a na twarze mieli przyklejone głupkowate uśmiechy. Byli zziajani, a Zabini w jednej ręce trzymał balon z wodą. Wszystko jasne... Ci wariaci urządzili sobie w dormitorium bitwę wodną. Westchnęła z rezygnacją i podeszła do przerażonej Sorbet, która kuliła się pod gazetą. Wzięła ją ostrożnie na ręce i przytuliła do siebie. Z kamiennym wyrazem twarzy odwróciła się do przyjaciół i... nie powiedziała nic, bo po prostu ręce jej opadały na ich widok. Ruszyła w stronę swojego pokoju, ale zanim zamknęła drzwi, rzuciła:
-Tylko macie tu posprzątać...
Na moje słowa równocześnie wywrócili oczami i spojrzeli na nią wzrokiem mówiącym: "Chyba cię coś boli..." po czym od nowa zaczęli obrzucać się balonami.
Pokręciła ze zrezygnowaniem głową i zostawiła ich samych.
Idąc w stronę łóżka uśmiechnęła się pod nosem. Oni zawsze będą jak takie upierdliwe dzieci, które włażą wszystkim pod nogi i mają w nosie co się do nich mówi. Nigdy się nie zmienią...
Odstawiła Sorbet na miękką pościel i wysuszyła jej futerko oraz siebie jednym machnięciem różdżki. Usiadła na posłaniu i zerknęła na zegarek. Wskazywał w pół do piątej rano. Pomyślała, że i tak już nie zaśnie, więc podniosła się i skierowała swoje kroki w stronę biurka, zawalonego różnego rodzaju podręcznikami i książkami prawie pod sam sufit. Mijając zawieszony na drzwiach szafy pokrowiec z garniturem dla Malfoy'a uśmiechnęła się szyderczo. Nie mogła się doczekać jego miny, jak zobaczy to w czym ma spędzić cały dzisiejszy wieczór i noc.
Siedziała przy biurku z lekkim uśmiechem na twarzy, czytając już chyba po raz setny "Historię Hogwartu". Mimo, że znała ją już praktycznie na pamięć, ciągle znajdowała coraz to nowsze i ciekawsze szczegóły. Z wypiekami na twarzy śledziła losy założycieli szkoły magii. Tak była zaczytana, że nie zauważyła nawet, jak ktoś po cichutku wślizgnął się do jej pokoju. Po chwili poczuła jakieś zimne dłonie, które delikatnie zakryły jej oczy. Uśmiechnęła się szerze i zapytała:
-Kto to?-odpowiedział jej cichy śmiech i nienaturalnie piskliwy głos:
-Zgadnij.
-Severia?-spytała niepewnie.
-Jeszcze czego...
-To może... Blaise?-spróbowała ponownie.
-Slytherinie! Co to za pomysł?! Oczywiście, że nie!-usłyszała, że tajemniczy ktosiek strasznie się oburzył na jej słowa i już wiedziała kto stoi za jej plecami. Jednak to o dziwo nie zepsuło jej humoru...
-Malfoy...
-No nareszcie!-ręce blondyna zniknęły sprzed jej narządu wzrok, a ona odwróciła się w jego stronę.
Stał przed nią ubrany w szkolne szaty, a na ramieniu miał wypełnioną książkami, czarną torbę z małymi inicjałami: D.L.M. wyszywanymi srebrną nitką. Jego włosy były w totalnym nieładzie, co mu się nigdy nie zdarzało. Był perfekcjonistą, jeśli chodzi o swój wygląd. Oczy błyszczały mu jak dwie stalowe gwiazdy, a na ustach gościł, o dziwo, szczery, szeroki uśmiech. Nie, to nie był zwykły uśmiech... Draco stojąc tak przed Mioną szczerzył się jak głupi od ucha do ucha i gapił się na nią jakby była co najmniej... nie umiała tego określić. Po krótkiej chwili milczenia Smok zapytał:

-Pokażesz mi ten garnitur czy cokolwiek to jest?
Herm pokręciła przecząco głową i powiedziała:
-Zobaczysz go dopiero wieczorem, przed balem.
-Ale dlaczego?-zrobił minę skrzywdzonego szczeniaka, który tylko poobgryzał dla zabawy czubki butów domowników.
-Bo to ma być niespodzianka!-udała, że jest zdenerwowana.-A teraz wynocha!
-No co to za maniery...-zacmokał z niezadowoleniem.-Ja tu specjalnie się fatyguję, by zabrać jaśnie pannę na śniadanie, a ty mnie wypędzasz! To już szczyt wszystkiego!-zrobił obrażoną minę wkurzonego pięciolatka, któremu zabrano samochodzik i splótł ręce na piersi.
-Ż-że co? Ty przyszedłeś, by zabrać mnie na śniadanie?-Hermiona była tak zszokowana, że nie wiedziała co mówiła, co mówi i co ma powiedzieć.
-Zacięłaś się? Haloo...-dopiero po chwili zorientowała się, że wgapia się od kilku minut w jeden punkt przed sobą jak sroka w gnat, a Malfoy z lekkim, rozbawionym uśmiechem machał jej przed oczami ręką.
-Co jest?-zapytała nieprzytomnie.
-Zakochałaś się czy co? No ja wiem, że jestem przystojny, ale nie wiedziałem, że aż tak na mnie reagujesz... To idziesz w końcu na to śniadanie?-zapytał te śmiechem i wesołymi iskierkami w oczach.
-Ja?-zapytała głupawo i od razu trzasnęła się z całej siły dłonią w czoło.
-Nie, ściana za tobą...-zironizował Draco.
-No to poczekaj chwilę, to się przebiorę.-powiedziała, zdając sobie sprawę, że ciągle jest w samej piżamie.
Podeszła do szafy i wyciągnęła z niej swój szkolny mundurek. Chwyciła rogi góry od piżamy, by ją ściągnąć, ale nagle znieruchomiała. Puściła koszulkę i odwróciła się w stronę Smoka, który rozsiadł się (a raczej rozwalił) na jej łóżku i przyglądał się jej poczynaniom z ożywionym zaciekawieniem w oczach. Herm chrząknęła znacząco, na co on rzucił jej pytające spojrzenie. Westchnęła ciężko. Do tego człowieka nic nie dociera...
-Mówiąc "poczekaj" miałam na myśli to, żebyś poczekał za drzwiami...
-Ale mi tu dobrze...-wyjęczał, patrząc na nią błagalnym wzrokiem.
-Ale mnie to nie obchodzi! Wynocha!-wskazała ręką drzwi i tupnęła w przypływie irytacji nogą.
-Nie chcę..-mruknął, kładąc się na pościeli.
-Przecież nie będziesz się patrzył, jak się przebieram!-Mionę wyprowadziło z równowagi jego zachowanie, ale kiedy już otwierała usta, by się na niego wydrzeć, Draco z westchnieniem podniósł się z łóżka i po prostu wyszedł. Herm stała jak wryta i patrzyła się na drzwi, jak krowa na malowane wrota. Malfoy wykonał jej prośbę, a raczej rozkaz z własnej, nieprzymuszonej woli? Nie, to jest zbyt piękne, by było prawdziwe... A jednak... Dzisiaj w ogóle jest taki dziwny, taki... miły. Może porwali go kosmici z marsa i podstawili na jego miejsce ulepszoną wersję?
Jak w transie ubrała się w szkolne szaty i chwyciła torbę, która wręcz pękała w szwach od książek. Podeszła do misek Sorbet i nałożyła jej jedzenie do nich, po czym pogłaskała kotkę po głowie i wyszła z dormitorium, delikatnie zamykając drzwi.


***
Hermiona schodziła po schodach do lochów na ostatnią tego dnia i najmniej lubianą lekcję... eliksiry. Stary nietoperz pewnie znowu odejmie jej punkty za nic. Przyzwyczaiła się do tego, że jak coś robi dobrze, bez żadnego błędu to on automatycznie kipi ze złości. No ale musi być na tym świecie równowaga.  Skoro wszyscy nauczyciele (nie wliczając w to tej świrniętej Trelavney) uwielbiają ją i podziwiają jej zdolności to oczywiście musi być taki jeden stary zgred, który robi wszystko by miała jak najniższe stopnie. Zresztą Snape jest tak naprawdę taki dla wszystkich Gryfonów. Na przykład jak ostatnio Seamus się zapomniał i położył nogi na ławce to od razu oberwał minusowymi punktami, których wcale nie otrzymał tak mało, bo aż trzydzieści. Za to Malfoy wszystkie lekcje siedzi, a raczej leży rozwalony jak jakiś król na krześle z tymi swoimi krzywymi, dolnymi kończynami wywalonymi w całej okazałości na stół i mistrz eliksirów nawet na niego nie spojrzy. I gdzie tutaj jest sprawiedliwość? No tak... równość w karaniu Ślizgonów i Gryfonów w wykonaniu przerośniętego nietoperza już daaaawno temu uciekła z wrzaskiem.
Zastanawiając się tak nie zauważyła, że doszła pod klasę. Nagle poczuła jak gwałtownie na kogoś wpada, co wyrwało ją z zamyślenia. Na szczęście nie upadła, bo byłaby przez tydzień pośmiewiskiem Slytherinu, którego uczniowie stali pod salą, podpierając ściany. Jedynie niebezpiecznie się zachwiała. 
-Uważaj jak leziesz, szlamo!-usłyszała zimny, ostry jak brzytwa głos.
Podniosła głowę i ujrzała twarz Malfoy'a, wykrzywioną w grymasie pogardy i wstrętu. Kiedy zajrzała w jego oczy zobaczyła w nich tylko lód i wielką obrazę majestatu. Dracon prychnął z pogardą i odszedł dumnym krokiem. "Co mu się stało?"-pomyślała zdziwiona Herm.-"Przecież rano był taki miły...". Nie wiedziała o co chodzi. Czemu tak nagle zmienił nastawienie do niej, a potem na powrót stał się aroganckim dupkiem? Nagle ją olśniło... Weszła do klasy, mając w głowie jedną myśl: "Nie chce sobie głupek zepsuć reputacji..."

***
Wyszła z sali wściekła jak osa. Ten stary... bałwan znowu odjął jej dziesięć punktów, a to tylko dlatego, że chciała opowiedzieć o eliksirze wielosokowym! Jak można być tak wrednym?! Ona tego po prostu nie ogarniała! 
Już była przy wyjściu z lochów, kiedy poczuła jak ktoś ją łapie za ramię i krzyczy:
-Miona!
Odwróciła się z zamiarem wygarnięcia temu komuś co sądzi o wrzeszczeniu do ucha, ale zmieniła zdanie, gdy zobaczyła Pansy.
-O co chodzi?-zapytała spokojnie.
-Dzisiaj po kolacji przyjdź do mojego dormitorium.
-Po co?-Mionę zdziwiło to co powiedziała czarnowłosa.
-No jak to po co? Muszę cię zrobić na bóstwo przed dzisiejszym balem!-wykrzyknęła uradowana.
-Wiesz...-westchnęła Herm.-Ja chyba nie pójdę...
-Cooo?! Musisz iść! Jesteś współorganizatorką!-oburzyła się Parkinon.
-Ale ja nie chcę całą noc użerać się z Malfoy'em...-jęknęła z rozpaczą.
-Nie martw się. Ja cię obronię!-powiedziała dumnie, unosząc podbródek.
-No nie wiem...-Miona dalej nie była zbytnio przekonana.
-Na Salazara!-Pansy się chyba trochę zirytowała.-Co ty jesteś zegar z wahadłem, że się tak ciągle wahasz?! Masz być u mnie od razu po kolacji z suknią i nie da się tego odwołać!
-Ale Malfoy ma mój strój...-wyjęczała z bezsilnością.
-Mnie to nie obchodzi!-krzyknęła przez ramię Ślizgonka, odchodząc.
Świetnie... Teraz będzie musiała zniżyć się do poziomu odezwania się do tego barana...

***
Draco stał, oparty o barierkę na wierzy astronomicznej i patrzył na mieniące się w słońcu wody Hogwarckiego jeziora. To tutaj był świadkiem śmierci Dumbledora. Pamiętał to tak dobrze, jakby wydarzyło się wczoraj... "Muszę cię zabić! Inaczej on zabije mnie...", Snape, "Avada Kedavra!", zielony błysk, ciało profesora spadające na dziedziniec, okropny rechot Bellatriks...
W pewnej chwili usłyszał łopot skrzydeł i obok niego na poręczy usiadła sowa z przyczepioną do nóżki wiadomością. Zmarszczył brwi i odwiązał karteczkę, a ptak od razu odleciał. Patrzył przez chwilę za nim, a potem spuścił wzrok na list, który trzymał w ręce. Rozwinął go i zobaczył piękne, równiukie pismo:

Przyjdź do mojego dormitorium z sukienką.
Teraz!
H.G.

Westchnął ciężko i chcąc, nie chcąc zaczął schodzić po schodach, kierując się do lochów.  Wolał nie narażać się Granger. Nie to, że jej się bał, nic z tych rzeczy... Ona nic by mu nie mogła zrobić, bo jest za słaba. Po prostu nie chciało mu się słuchać jej marudzenia, jęków i wyrzutów, które miał tam, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę.
***
Wszedł do pokoju Hermiony z pokrowcem na suknię, przewieszonym przez ramię. Przywitał ją karcący wzrok Miony i jej słowa:
-A pukać to cię w domu nie uczyli?!
-Nie.-mruknął i rozwalił się na jej łóżku.
Dziewczyna jedynie spojrzała na niego krzywo i zdjęła z drzwi szafy szary worek. Rzuciła nim w Ślizgona, a sama zabrała swoją kreację.
Smok na razie nie patrzył na swój strój, tylko obserwował reakcję Gryfonki. Herm powoli rozpięła suwak i wytrzeszczyła oczy. Otworzyła usta i szepnęła cichutko, delikatnie gładząc materiał sukienki:
-Merlinie...-zerknęła na Dracona, który szczerzył się do niej. 
Malfoy był dziwnie szczęśliwy, widząc niemy zachwyt w jej oczach, kiedy patrzyła na swoją kreację. Zwykle był usatysfakcjonowany jak kogoś torturował, a teraz czuł się uszczęśliwiony nie dlatego, że ktoś cierpiał, tylko właśnie się cieszył. "Co się ze mną dzieje?"-pomyślał.
Herm spojrzała na Draco i powiedziała:
-Dziękuję... Jest piękna...-chłopak spojrzał na nią jak na jakąś kosmitkę.
"Granger mi dziękuje? Nie, to na pewno jest sen..."-przez głowę przeszła mu pełna niedowierzania myśl.
-Malfoy! Teraz ty obejrzyj swój strój!-usłyszał ożywiony głos, połączony z chichotem.
Oprzytomniał i spojrzał na nią podejrzliwie, mrużąc oczy. Co ta mała szczota kombinuje? Wolno sięgnął po swój pokrowiec i otworzył go. Kiedy ujrzał to co było w środku wydał z siebie przeraźliwy wrzask:
-CO TO JEST?!
Hermiona nie mogła już wytrzymać i wybuchnęła głośnym, niekontrolowanym rechotem, który było słychać w całym Hogwarcie. Malfoy wyglądał komicznie, trzymając w ręce wieszak ze swoim garniturem, który był w całości koloru pudrowego różu. Dołączona była do niego była do niego biała koszula i różowa mucha z wyszywanymi na niej srebrną nitką kwiatuszkami. Draco miał minę, która wyrażała ogromne zdziwienie, irytację, niedowierzanie, wściekłość i trochę rozbawienia. Wydawało się, że jego gałki oczne zaraz potoczą się po podłodze, prosto pod stopy Gryfonki, a szczęka wypadnie z zawiasów. Jednym słowem wyglądał jak zdziwione zombie. Dosłownie!
-Ja mam to założyć?!-zapytał, a raczej wydarł się Smok.
-Tak.-odparła, krztusząc się ze śmiechu. 
Po tych słowach zabrała swoją kreację i wyszła z pokoju, zostawiają osłupiałego Dracona samemu sobie. A nie... Zostawiła go z różowiutkim garniturem.

***
-Serio? Na serio Malfoy kupił ci to cudo? Z własnej woli?-Pansy zachwycała się suknią już od piętnastu minut, a Miona ciągle odpowiadała tak samo na wszystkie pytania:
-Tak.
-Naprawdę?-Ślizgonka dalej nie dowierzała.
-Tak, ale teraz ty pokaż mi swoją kreację.
-Okej.
Czarnowłosa podeszła do szafy wyjęła z niej przepiękną, czarną suknię. Jej dolna część była utrzymywana w całości na drucianej konstrukcji, a u góry był gorset z delikatnymi koronkami. Kreacja nie miała ramiączek i była wręcz boska. Miona zauważyła jeszcze, że z tyłu była zawiązana wielka kokarda, obszyta srebrną tasiemką.
-Wow...-wydusiła w końcu.-Harry się postarał...
-No... To prawda...-westchnęła Pansy.-Wiesz, nie wiedziałam, że on jest taki fajny. Na pierwszy rzut oka to taka trochę z niego ciapa, ale jak się spojrzy głębiej...
-Tylko mi się tu nie zakochaj.-przerwała jej ze śmiechem Gryfonka.
-Chciałabyś...
-Dobra, ja już nic nie mówię... Może w końcu zaczniesz robić ze mnie bóstwo, chociaż wątpię, by ci się udało...
-A tak, oczywiście!-ożywiła się Ślizgonka i poprowadziła Mionę do krzesła.
-Tylko nie zrób ze mnie...
-Tak, tak wiem... Tylko lekki makijaż...
Herm szczerze trochę bała się efektów pracy czarnowłosej, ale jak już się zgodziła to tego nie odwoła, bo zrobi jej przykrość. Wzięła głęboki wdech i zamknęła oczy. Cienie do oczu, szminki, pudry, podkłady przybywajcie!

piątek, 8 maja 2015

Zawieszam bloga!

Nawet nie wiecie jak trudno było mi napisać te dwa słowa...
Wcale Was nie opuszczam, tylko po prostu nie mogę pogodzić bloga z egzaminami. Nie rozstajemy się na długo (według mnie). Po pierwszym czerwca powinnam już mieć spokój i czas na pisanie. Wtedy wezmę się ostro do roboty. Ale, ale... Wy pewnie jesteście zdezorientowanie trochę, no bo jakie egzaminy są o tej porze? Przecież test szóstoklasisty i gimnazjalny był już dawno, a matury się kończą, lub skończyły (nie mam pojęcia). Otóż ja chodzę jeszcze do szkoły muzycznej. Gram na skrzypcach i od tego roku zaczęłam dodatkowy fortepian. Te przyszłe trzy tygodnie to będą prawie codziennie egzaminy, bo mam dwa instrumenty, test ze śpiewania, historia muzyki i teoria muzyki. Strasznie tego dużo, a ja mam czas do przygotowania się tylko w weekendy i późnymi wieczorami w tygodniu.
Przepraszam Was bardzo za to, że będziecie musieli tyle czekać. Po pierwszym czerwca (Wtedy mam egzamin ze skrzypiec.Po prostu cudownie! W Dzień Dziecka!) na pewno (w końcu) ukaże się ta nieszczęsna Miniaturka 3, która swoją drogą zajęła drugie miejsce w konkursie Katalogu Granger, w edycji z... marca? Nie pamiętam już... W każdym razie ukaże się wtedy ta miniaturka i jeszcze Libster Blog Award. Teraz nie będę miała czasu, żeby to wszystko napisać.
Na koniec chciałabym zachęcić do zaglądania do zakładki "Kącik muzyczny".
Więc do zobaczenia prawdopodobnie KILKA DNI PO PIERWSZYM CZERWCA!!!
Mam nadzieję, że wybaczycie  i to, ale ja po prostu nie mogę inaczej.

Pozdrawiam
E.L.

niedziela, 3 maja 2015

Rozdział 21 - Pozory mylą

Witajcie! Przepraszam za taką długa przerwę, ale wena nie spada z nieba, a mnie ostatnio jakoś opuściła. Chciałabym przede wszystkim zaznaczyć, że jeśli nie ma żadnej notki, żadnego rozdziału przez dwa tygodnie, miesiąc to nie znaczy, że was opuściłam. To znaczy, że powoli piszę rozdział, ale nie mam za dużo czasu lub weny. Jakbym miała zawiesić bloga, to bym Was poinformowała. Piszę to tylko tak na wszelki wypadek. Ten rozdział obfituje w wiele przemyśleń jednej takiej dziewczyny. Nie dziwcie się, że jej będą może nawet zbyt wygórowane, ale tak się dzieje, kiedy przez 1/4 rozdziału słucha się Adele-Someone Like You, a przez całą resztę Michael Jackson-You Are Not Alone. No dobra, obiecuję, że przez następny rozdział będę słuchać czegoś weselszego np: Michael Jackson-Beat It.
No dobra... Już Was nie zanudzam, bo pewnie już chcecie zacząć czytać rozdział.
Miłej lektury!!!

PS-W najbliższym czasie postaram się wstawić tę nieszczęsną Miniaturkę 3 i druga nominację do Libster Blog Award.

 PS-Jak pisałam ten rozdział to wpadłam na pomysł, by zrobić stronę "Kącik muzyczny". Umieszczałabym tam piosenki przy których pisałam i piszę. Co o tym myślicie?


Sekundę potem został brutalnie przygnieciony przez coś ciężkiego i dyszącego. Po chwili poczuł na szyi mocny uścisk, a napastnik usiadł na nim okrakiem. Jego przerażenie wzrosło, kiedy ta postać zaczęła go całować po całej twarzy! Próbował oderwać od siebie napastnika, ale jego ramiona były jakby przyszyte do jego szyi. Czuł na swoim ciele ciężar czegoś... ciężkiego, ale drobnego. Krzywił się za każdym razem, kiedy czuł tego kogoś usta na policzkach, czole, nosie, a nawet wargach! Jęknął głośno, kiedy uścisk na jego gardle się wzmocnił. Czuł, że powoli zaczyna mu brakować powietrza, a to nie zwiastowało niczego dobrego. Robił się coraz bardziej siny, a przed oczami zaczęły mu latać czarne plamy. Podniósł rękę, ostatkiem sił odepchnął twarz oprawcy i wystękał z trudem:
-Duszę... się...
Od razu został uwolniony i usłyszał rozhisteryzowany, kobiecy głos:
-Na Merlina! Kochanie, nic ci nie jest? Przepraszam! Nie chciałam!
Draco pomasował sobie obolałą krtań i westchnął z ulgą. Podniósł się na łokciach i zmrużył oczy, próbując dostrzec w tych kompletnych ciemnościach dziewczynę. Po omacku sięgnął do tylnej kieszeni spodni i wyjął z niej różdżkę. Wciągnął ją przed siebie i szepnął cicho:
-Lumos...
Na końcu magicznego patyka zaświeciło się światełko, oświetlając małe, zagracone pomieszczenie. Kiedy ujrzał postać wyłaniającą się powoli z ciemności pisnął głośno i zaczął na czworaka cofać się do tyłu. Niestety ucieczkę uniemożliwiło mu zderzenie plecami ze stertą pudeł, ze środkami czystości. Jak by tego było mało z samego szczytu spadło mu na głowę wiadro. Jęknął głośno z rezygnacją i poddał się temu co ma być. Po chwili kubeł został zdjęty z jego arystokratycznej, platynowej łepetyny. Jednak on, zamiast się z tego ucieszyć jęknął ponownie.
-Nic ci się nie stało, skarbie?-usłyszał ten znienawidzony, irytująco wysoki głos. Jak ona może sama ze sobą wytrzymać z takim gło... Nie. To nie był głos. To był przeraźliwy pisk.
-Odwal się ode mnie Parkinson! Nie podobasz mi się!-warknął i stał z podłogi, otrzepując spodnie z kurzu.
-Ależ kotku...
-Nie jestem twoim kotkiem! Nie interesujesz mnie! Nie kocham cię! Tak trudno to zrozumieć?!-krzyknął na całe gardło.
-Pansy od razu zrzedła mina i spojrzała na niego wzrokiem zbitego psa, który nic nie zrobił. Po sekundzie powiedziała łamiącym się od płaczu głosem:
-To pójście ze mną na bal w czwartej klasie nic nie znaczyło?-spytała przez łzy.
-Nie!
-Ale to mnie wybrałeś na partnerkę!
-Bo byłaś pierwszą, lepszą, naiwną idiotką, która nawinęła się pod rękę!!!-wrzasnął i wyszedł na korytarz, trzaskając drzwiami.
Pannie Parkinson zatrzęsła się broda. Czuła się odrzucona jak nigdy wcześniej. Nikt jej nigdy tak nie zranił. Tyle lat znosiła jego humory i obelgi, a on jak się odwdzięcza? Krzykiem i niemiłymi słowami! Ona przecież też ma uczucia! Nie jest lalką, którą można się pobawić i porzucić!
W tej chwili całkowicie się rozkleiła. Z cichym, zrozpaczonym jękiem osunęła się na podłogę i zgięła nogi w kolanach. Objęła je ramionami i schowała między nimi głowę. Po chwili jej barkami wstrząsnął szloch, a jej czarne włosy błyszczały w świetle lamp, wpadającym przez uchylone drzwi.

***
Hermiona szła korytarzem z wyszczerzonymi do świata zębami. Była tak szczęśliwa, że aż ją to przerażało. W sumie to nawet nie wiedziała z czego się tak cieszy, ale uznała, że to nic nie znaczący szczegół.
Skończyli wieszać wszystkie dekoracje nawet przed czasem mimo, że Malfoy całkowicie ich olał i gdzieś sobie polazł. Miała teraz jeszcze trzy godziny do obiadu i nie wiedziała co robić, więc spacerowała po korytarzach Howartu. Nie miała żadnego towarzystwa, bo Harry i Ginny poszli na trening Quidditcha, Severia była na tyle dobra, że Wybraniec odpuścił jej ćwiczenia, więc pobiegła do dormitorium Miony pobawić się z Sorbet, a Blaise... Nie miała bladego pojęcia gdzie jest i co teraz robi. Zapewne poleciał do lochów ucałować z tęsknoty swój barek i teraz gdzieś się szlaja. Westchnęła ciężko i pokręciła z rezygnacją głową. Z kim ona żyje?
W pewnej chwili, przechodząc obok otwartych drzwi jednego z setek w tej szkole schowka, usłyszała jakieś dziwne odgłosy. Jakby ktoś... płakał? Zdziwiona zatrzymała się w pół kroku i cofnęła do źródła dźwięków. Ostrożnie, nie wiedząc czego się spodziewać zajrzała do środka. Po chwili jednak szybko schowała się za ścianą. Nie wierzyła własnym oczom! Była w głębokim szoku i tylko wytrzeszczała oczy. Po jakimś czasie postanowiła coś zrobić, bo nawet wiszące na przeciw obrazy zaczęły się jej podejrzliwie przyglądać. Przełknęła głośno ślinę i przymknęła na chwilę powieki po czym... weszła pewnym krokiem do środka. Stanęła w lekkim rozkroku nad trzęsącą się na podłodze Pansy. Ślizgonka podniosła na nią wzrok czerwonych od płaczu oczu i warknęła niemiło:
-Idź stąd Granger...
Hermiona już miała się posłuchać i zawrócić, ale w ostatniej chwili się rozmyśliła. "Co mi szkodzi?"-pomyślała optymistycznie i podeszła do Pansy. Usiadła obok niej na podłodze i popatrzyła na nią z zaciekawieniem w oczach. W pewnej chwili dotarło do niej, że Parkinson nie jest taka brzydka, tylko zawsze nosiła czarne, obcisłe ciuchy i metr gładzi szpachlowej na twarzy. Gdyby tak ubrać ją w jakąś kolorową sukienkę i zrobić jedynie ledwo zauważalny makijaż, to by była o wiele ładniejsza i wyglądała by bardziej przyjazna z wyglądu. Nawet nie zauważyła, że obiekt jej rozmyślań od jakiegoś czasu  gromi ją wściekłym spojrzeniem spod zmarszczonych brwi.
-Mówiłam, żebyś sobie poszła!-próbowała udawać groźną, ale pod koniec zdania głos jej się załamał i nowe łzy spłynęły jej po policzkach.
Herm jednak ciągle siedziała i nie wyglądała na kogoś, kto ma zamiar ruszyć się z miejsca w najbliższym czasie. Wręcz przeciwnie. Wyglądała jakby sobie przysięgła, że nie pójdzie nigdzie, dopóki nie dowie się o co chodzi.
Kiedy Ślizgonka miała trzeci raz na nią nawrzeszczeć szybko powiedziała:
-Nie jestem tu z litości.
-To po co?!-krzyknęła czarnowłosa.
-Bo jestem ciekawa co takiego doprowadziło twardą, niezniszczalną Pansy Parkinson do płaczu.-odpowiedziała spokojnie. Wiedziała, że dotrze do tej dziewczyny tylko i wyłącznie przez opanowanie.
-A co cię to obchodzi?! Nie powiem ci nic, bo od razu polecisz do tych swoich Gryfiaczków i wszystko im wypaplasz! Wiem jaka jesteś!!!-wydarła się przez łzy.
Miona przyjrzała się jej uważnie, przekrzywiając głowę. Pansy wyglądała co najmniej jakby jakiś chłopak ją rzucił. W dodatku przerażała ściekającą po całej twarzy, a przede wszystkim po policzkach tapetą.
-Jeśli uważasz, że bym takie rzeczy komuś wygadała, to nawet nie wiesz jak bardzo się mylisz.-powiedziała.
-To po co tu jesteś?-wyszeptała zdezorientowana Ślizgonka.
Nie rozumiała już kompletnie nic. Przychodzi do niej Granger nie wiadomo po co i... No właśnie... No i co? No i nic! Nie miała pojęcia o co jej chodzi! Wkurzona zmarszczyła brwi, a w tym czasie Hermiona odpowiedziała na jej pytanie:
-Chcę ci pomóc...
-Nie pomożesz mi! Mi nic nie pomoże! Tego się nie da naprawić!-Wybuchnęła, po czym zaczęła na nowo ze zdwojoną siłą płakać.
Herm nie zastanawiała się długo, tylko od razu objęła ją delikatnie. Pansy bardzo się tym zdziwiła. Nikt jej nigdy nie przytulał. Ba! Jej nawet nigdy nikt nie okazał miłości czy chociaż zainteresowania jej osobą. Po chwili, kiedy ochłonęła z lekkiego szoku gwałtownie wtuliła się w Gryfonkę, w swojego największego wroga. Teraz to Hermione zamurowało. Jak to się stało, że siedzi na podłodze w schowku na miotły z przylepioną do jej ciała Pansy Parkinson, która coraz bardziej moczy jej ubranie swoimi łzami? Życie jest naprawdę dziwne...
Po kilku minutach czarnowłosa uspokoiła się trochę i odsunęła lekko od Miony. Spojrzała na jej koszulkę i wyszeptała cicho:
-Przepraszam za bluzkę...
-Nic się nie stało.-uśmiechnęła się Herm.-To teraz może powiesz mi co się stało?-zapytała przyjaźnie.
-No dobrze...-westchnęła cichutko Pansy i założyła kosmyk czarnych jak noc włosów za ucho.
Za nim się obejrzała, opowiedziała Hermionie całą historię swojej nieszczęśliwej miłości. Mówiła o każdej obeldze, każdym zawodzie, a Herm słuchała uważnie, co jakiś czas kiwając lekko głową.
-...no i dalej już wiesz co się działo.-zakończyła Ślizgonka i otarła łzę z policzka.
-Może dasz sobie z nim po prostu spokój?-zapytała nieśmiało Gryfonka, a Pansy odwróciła się do niej z zaskoczeniem wymalowanym na twarzy.
Przez chwilę Miona myślała, że dziewczyna na nią nawrzeszczy i wybiegnie na korytarz, ale tak się nie stało.
Czarnowłosa popatrzyła na nią swoimi dużymi oczami i szepnęła ledwo dosłyszalnie:
-Wiesz... Chyba masz rację... Powinnam przestać się za nim uganiać jak jakaś idiotka i znaleźć w końcu chociaż jedną przyjaciółkę.
-Jak chcesz, to ja mogę być twoją przyjaciółką.-uśmiechnęła się zachęcająco Herm.
Pansy otworzyła ze zdziwienia usta.
-Naprawdę?-zapytała z niedowierzaniem.-Bo wiesz... Ja nigdy nie miałam przyjaciółki...
-W takim razie najwyższy czas to zmienić!-zawołała wesoło Herm i przytuliła Ślizgonkę.
Ta od razu odwzajemniła uścisk. Uśmiechnęły się do siebie promiennie i wstały z zimnej posadzki. Chwyciły się za ręce i prawie w podskokach wyszły ze schowka. Pansy nie mogła uwierzyć w to, co się teraz działo. Jeszcze godzinę temu nienawidziła Hermiony z całego serca, a teraz są przyjaciółkami!
Od tej chwili zaczynała nowe życie, a poprzednie lata odkreśliła od reszty grubą linią.


***
Obudził się i od razu oślepiło go jasne światło. "Znowu nie zasłoniłem okna na noc..."-pomyślał i jęknął głośno. Zasłonił sobie ręką oczy i nagle coś do niego dotarło... Oni przecież w lochach nie mają okien! Gwałtownie otworzył oczy i usiadł na łóżku. Usłyszał bardzo rozbawiony chichot i już wiedział co to za dziwne światło i głos...
-Nott!-wrzasnął.-Po kiego grzyba ci ta latarka?!
W odpowiedzi usłyszał głośny wybuch niekontrolowanego śmiechu. Zmarszczył brwi i skrzywił się przeraźliwie, kiedy blask trafił prosto w jego biedne źrenice. 
-Wyłącz to cholerstwo1-krzyknął.-W ogóle, to po co ty to robisz?!
Theodor zaśmiał się cicho i zgasił latarkę.
-Chciałem zobaczyć twoją reakcję!-zachichotał.
-No to zobaczyłeś!-warknął.-Która godzina?
-W pół do jedenastej. Za pół godziny idziemy po stroje na bal do Hogsmeade.
-Aha... Okej...-mruknął i nakrył się kołdrą po sam czubek głowy.
-Smoku... Ty też idziesz... Musisz wybrać Hermionie sukienkę...-westchnął Theo
-Cicho siedź! Nie wymawiaj przy mnie tego imienia! Niech sobie sama tę kieckę wybierze!-spod kołdry wydobył się zirytowany głos.
-Wstawaj! I tak już zaspałeś na śniadanie! Dosyć tego!-warknął Nott i ściągnął kołdrę z przyjaciela.-Jazda do łazienki!
-Dobrze mamo...-mruknął sarkastycznie Draco

***
Dochodził powoli do grupy uczniów, która czekała przed bramą do Hogwartu. Jak mu się nie chciało łazić po sklepach z tą kujonką! Dobrze, że chociaż Diabeł i Severia będą w pobliżu, inaczej po pięciu minutach pewnie by wykitował...
Kiedy był już pośród rozgadanych nastolatków rzuciła mu się jedna z małych grupek. W jej skład wchodził Blaise, Severia, Hermiona, Potter i... Pansy?! A co ona tam robiła?!
Stanął jak wryty, nie wiedząc co robić. Od kiedy to Parkinson obejmuje Granger ramieniem i śmieje się z żartów Pottera? Przetarł oczy myśląc, że ma halucynacje. Jednak jego nadzieje po chwili prysły. To się działo naprawdę! Świat zwariował!
Podszedł bliżej i usłyszał strzępek rozmowy, a raczej wyznanie Pansy:
-Wiesz Potter... Nie jesteś taki za jakiego cię miałam.
W tej chwili myślał, że dostanie palpitacji serca i będą musieli go zabrać do Munga.
-O, Smok! Chodź tutaj!-w tym czasie Zabin i go zauważył i zawołał.
Westchnął ciężko i ruszył w ich stronę. Gdy Pansy go zobaczyła, wzięła pod ramię (ku jego wielkiemu zdumieniu) Harrego i ruszyła w stronę Hogsmeade. Dopiero teraz zobaczył, że wszyscy oprócz ich grupy już poszli. Po chwili on również zmierzał w stronę niezliczonej ilości sklepów, wraz z Diabłem, Severią i Hermioną.

***
-Dobra!-zakomenderowała Severia.-To ja i Blaise idziemy do sklepu z sukniami, a ty Miona zabierz mojego brata na poszukiwanie garnituru.
-Za jakie grzechy...-jęknął Smok.
-Mi tam pasuje!-uśmiechnął się Zabini.
-Bo ty nie jesteś normalny!-krzyknął Draco.
-Spokojnie.-powiedziała Herm.-Malfoy! Chodź do tego sklepu!
Dracon wywrócił oczami i powlókł się za Hermioną do najbliższego salonu.

***
-Przymierz jeszcze ten!-powiedziała Herm, podając Smokowi kolejny wieszak.
-Ale ja nie chcę...-Draco marudził jak małe dziecko.-To już piętnasty!
-Dobra! Skoro tak jęczysz, to sama ci kupię garnitur, a ty idź do tego sklepu po drugiej stronie ulicy po suknię dla mnie!-Herm wkurzyła się na maksa.
Od trzydziestu minut ględził jej nad uchem, że ten garnitur ma brzydki kolor, ten za ciasny, tutaj coś odstaje... Myślała, że krew ją zaleje, kiedy pokazała mu bardzo fajną koszulę, a on nawet na nią nie patrząc stwierdził, że mu się nie podoba.
Kiedy w końcu drzwi się za nim zatrzasnęły odetchnęła głęboko z ulgą. Sama mu coś wybierze.
Rozejrzała się dookoła. Ile tu było ciuchów! Jej wzrok zatrzymał się na białym komplecie z niebieską koszulą, który wyglądał jak żywcem wyjęty z teledysku Smooth Criminal mugolskiego piosenkarza Michaela Jacksona. Uśmiechnęła się na widok dołączonego do stroju nieodłącznego kapelusza. Jednak nie zdecydowała się na kupno tego kostiumu mimo, że zachwycał. Uważała, że w biały ubraniu Malfoy ze swoimi platynowymi włosami i bladą skórą wyglądałby co najmniej jak trup, ostatecznie zombie. Westchnęła ciężko. Czarnego garnituru też mu nie weźmie, bo to nie będzie przecież pogrzeb. Nagle zauważyła coś kątem oka. Odwróciła się w stronę interesującego ją obiektu i wielki uśmiech wypłynął jej na twarz. Tak! Miała już strój dla Malfoy'a!

***
Draco błądził pomiędzy stojakami z sukniami. Nie miał pojęcia co wybrać. Żadna z tych kreacji nie była według niego odpowiednia. Dopiero od piętnastu minut był w tym sklepie, a już mu się odechciewało. W dodatku wszędzie, gdzie nie spojrzał było pełno dziewczyn ze swoimi partnerami, które piszczały i rozpływały się nad każdą z tych kiecek. Przecież to tylko kawałki materiału! Nigdy żaden facet nie zrozumie kobiet...
Westchnął ciężko i zaczął przeglądać jak mu się zdawało chyba już setny stojak ze strojami. W pewnej chwili natrafił na coś, co przykuło jego uwagę. Spomiędzy ciężkich, balowych sukni wyciągnął lekką, czarną sukienkę. Była wyjątkowa. W niczym nie przypominała tych wszystkich kreacji, które w życiu widział, a widział ich naprawdę dużo. Na pierwszy rzut oka była bardzo prosta, ale miała to coś.
Miała jakby dwie części. Pierwsza to była zwykła, czarna sukienka bez ramiączek, sięgająca do połowy uda. Za to spod niej jakby wypływała druga część. Była zrobiona z pół przezroczystego,czarnego materiału. Sięgała do samej ziemi i była leciutko rozkloszowana. Jednak nie to go w niej urzekło. Zachwycił go jeden szczegół. Pół przezroczysta część sukni była plisowana na całej długości.
Musiał ją kupić! Musiał ją mieć! Gdyby jej nie wziął nigdy by sobie tego nie wybaczył!